Pieszo z Polski do Rzymu - czyli po co to wszystko?

 

 

Jakiś czas temu na swoim Instagramie oraz prywatnym profilu na Facebooku poinformowałem o tym, że wyruszam ze Środy Wielkopolskiej pieszo do Rzymu. Jeśli czytasz teraz ten wpis na mojej stronie www i po raz pierwszy spotykasz się z moim pomysłem, postaram się jeszcze raz ze spokojem przybliżyć mój pomysł. Zanim jednak to zrobię, pozwól porwać się do początków mojego wędrowania.

 

W moim życiu miałem przyjemność uczestniczyć w pieszych rajdach organizowanych przez PTTK, pielgrzymce na Jasną Górę oraz do Santiago de Compostela. Doświadczenie nie duże, lecz jednak dające ogrom niesamowitych wspomnień. Pamiętam jakby to było wczoraj jak co roku w grudniu z nauczycielami, kolegami i koleżankami ze szkoły ruszaliśmy na szlak. Zima, ciepłe buty, plecak, karimata, śpiwór, grochówka, kolejna plakietka do kolekcji. Rajd – krótki, kilkukilometrowy, a mimo to trudny dla mnie i innych młodych piechurów. Odczuwalny trud miał w sobie coś niezwykłego, od najmłodszych lat uczył organizacji, współpracy, jednoczył uczniów szkół i nauczycieli. Nie zapomnę uczucia, gdy po całym dniu w drodze – zmarznięciu, wchodziło się do ciepłej szkoły, budynku, który w ciągu roku zniechęcał i odstraszał – bądźmy szczerzy, kto lubił z Was chodzić do szkoły? Szkolne mury tym razem stały się przyjemnością dla stóp i zmarzniętego nosa. 

 

Minęła podstawówka, gimnazjum, rajdy się skończyły, ale nie skończyły się pomysły. Bardzo długo się zastanawiałem jakim uczuciem jest pójście do Częstochowy. Co roku w mediach pojawia się informacja, że któraś z kolei pielgrzymka dotarła na Jasną Górę. Słuchając tych informacji i patrząc na mapę byłem pełen podziwu dla ludzi, którzy szli do Częstochowy np. z Poznania. Jak to jest możliwe? Skąd Ci ludzie biorą na to siłę? Mijały lata, ciągle odczuwałem brak rajdów, które niosły za sobą niesamowity klimat, jednocześnie co roku słyszałem, że do mojej parafii w Środzie przyjdą pielgrzymi i można ich przenocować. Myślę sobie – wow, znów Ci bohaterowie., którzy dla Boga potrafią się tak mocno poświęcić. Z tyłu głowy narastała myśl – a może ja też pójdę? Chciałbym tego doświadczyć – to musi być niesamowite. Myśl w głowie była obecna, ale realizacji brak. Czas mijał, a ja zacząłem dowiadywać się, że moi znajomi też chodzą do Częstochowy. Zacząłem wypytywać, a oni jak nakręceni opowiadać jakie to cudowne przeżycie, żeby była równowaga znalazła się oczywiście też osoba, która z drogi szybko uciekła tłumacząc, że to nie dla niej, zbyt trudne i męczące. We mnie nadal nic nie wskazywało bym się zdecydował, trwała wewnętrzna bitwa pomiędzy moim pragnieniem pielgrzymowania na Jasną Górę a lenistwem i wygodnictwem.

 

Był rok 2013 – przyjąłem Sakrament Bierzmowania. W tym czasie w mojej parafii był ksiądz(nadal są u nas tacy księża), któremu zależało na tym, aby młodzież po Bierzmowaniu nie uciekła z Kościoła. Utworzyliśmy wraz z księdzem grupę tzw. młodzieży po Bierzmowaniu. Jak to bywa na początku utworzenia jakichkolwiek grup, każdy ma chęci i zapał do działania, wszyscy rzucają pomysłami, co takiego możemy działać poprzez nasze spotkania. Niestety rzeczywistość okazała się brutalna, albo po prostu łatwa do przewidzenia – grupa nie przetrwała. W pierwszej chwili stwierdzić można, że próba założenia była niepotrzebna, a kilka spotkań w ramach naszej małej wspólnoty nic tak naprawdę nikomu z nas nie dało. I tu każdy kto tak uważa się myli. 

 

Dlaczego?

 

Spotkań w grupie odbyło się mało, lecz mimo tak niewielkiej ilości wyciągnąłem z tego to co najważniejsze. Pomysł na wyprawę do Santiago de Compostela. Podczas jednego spotkania ksiądz Marcin opowiadał o tym jak wędrował do Santiago de Compostela. Nie wiem jaki był wtedy mój wyraz twarzy, ale z całą pewnością była to nietuzinkowa mina.

 

 

 

Że niby jak? Pieszo? Miesiąc? To tak się w ogóle da? 

 

Przez głowę przechodziło mnóstwo myśli, pełno pytań, ale też ważne zdanie: ja też tam kiedyś pójdę. Tak się stało, minęło kilka lat a ja wraz z dwójką przyjaciół wyruszyłem w 35 dniową drogę szlakiem św. Jakuba do Santiago de Compostela i Cabo Fisterra. Wyruszyłem w drogę, która całkowicie odmieniła moje życie, rozbudziła pomysły i zmysły, które drzemały wewnątrz, ale nigdy się nie aktywowały. Dzięki tej drodze poznałem wielu cudownych ludzi, poznałem lepiej swoich przyjaciół, ale przede wszystkim odkryłem siebie. Cała wyprawa zasługuje na książkę, gdybym miał wszystko spisać, powstała by niezła lektura. Zanim wyruszyłem na eksplorację szlaku we Francji i Hiszpanii, zdecydowałem się w końcu na pielgrzymkę do Częstochowy. Powodem było to, że chciałem się sprawdzić przed Santiago, czy na pewno dam radę. Lecz ta pielgrzymka miała też znaczący duchowy wyraz, który zostawię dla siebie. Pierwsze 3-4 dni były okropne. Pęcherze, odciski, zmęczone nogi, z trudem stawiałem kolejne kroki. Właśnie w takich chwilach potrzebowałem motywacji, wsparcia - wszystko to otrzymałem. Ktoś z grupy, z którą pielgrzymowałem powiedział mi, że jak przeżyję 4 dni to jestem już w Częstochowie, nie ważne, że zostanie jeszcze 6 dni do celu, ale tak podobno jest, 4 dni najbardziej cierpisz, a potem już "z górki". Nie wierzyłem. Nie miałem racji. Po 4 dniu do "dychy" szybko zleciało. Byłem zachwycony klimatem pielgrzymki. Świetna atmosfera, ludzie oraz nasi gospodarze, u których spaliśmy. Aż ciężko uwierzyć, że przez 10 dni nie wydałem ani złotówki - tak byłem na każdym kroku świetnie goszczony. Przeżycie duchowe fenomenalne. Mimo bólu i cierpienia czułem się przeszczęśliwy, że tu jestem, że idę, jednocześnie zastanawiając się jak będzie na szlaku do Santiago de Compostela.

 

 

 

Do Częstochowy doszedłem, na szlak jakubowy wyruszyłem i również do celu dotarłem.

 

Co dalej?

 

Podczas pielgrzymki do Santiago de Compostela zastanawiałem się, gdzie mógłbym kolejnym razem pójść, tak spodobał mi się ten klimat. Wolność, torba na plecach, dzień w dzień przed siebie. Zacząłem czytać o szlakach długodystansowych. Trafiłem na dwa, ten do Jerozolimy oraz do Rzymu. Jerozolima od początku wydawała mi się niemożliwa, ze względu na sytuację w Syrii, a płynąć lub lecieć do innego kraju i z niego iść, nie czułem tego. Skupiłem się na szlaku do Rzymu. Via Francigena - taki oto napis rzucił mi się w oczy.

 

Co to za szlak? Jaka jest jego historia?

 

Via Francigena to historyczny, transalpejski szlak komunikacyjny w Europie, biegnący od Canterbury w Anglii przez Arras, Reims, Lozannę, Wielką Przełęcz Św. Bernarda, Pawię i Sienę do Rzymu. Jeden z najdłuższych europejskich szlaków pielgrzymkowych, który swój koniec ma przy grobie św. Piotra. Szlak ten kojarzy się głównie z historią pewnego kapłana, który wyruszył z Anglii do Rzymu, by papież nadał mu sakrę biskupią. Do tego wydarzenia doszło w 990 roku n.e. Kapłan wyruszył z Canterbury w  Anglii do Rzymu. Swoją podróż, a dokładnie punkty etapowe zapisywał. Swoją pracę wykonywał solidnie, dzięki czemu stał się inspiracją dla innych wędrowców. Historia tego szlaku, piękne miejsca, przez które wiedzie sprawiły, że pragnę tą drogą wyruszyć. Wędrówka w moim wykonaniu ma w sobie coś innego. Nie chcę w 100% odtworzyć szlaku. Na tę historyczną drogę wejdę dopiero w Szwajcarii, wcześniej będę wędrować przez Austrię, Niemcy, Czechy, wychodząc z mojego domu w Środzie Wielkopolskiej.

 

 

Dlaczego z Polski a nie z Anglii?

 

Podczas wspomnianej już przeze mnie drodze do Santiago de Compostela czuliśmy się z chłopakami momentami jak bohaterowie. Idziemy z Lourdes, ponad 1000 kilometrów - co za wyczyn! Nasz entuzjazm szybko zgasł, za to narodził się podziw, a we mnie również niedosyt. Spotykaliśmy na szlaku ludzi, którzy wyruszyli z własnego domu. Szkotka ze Szkocji, Francuz z Francji, Polak z Polski. Gdy poznaliśmy takich totalnych szaleńców - w pozytywnym tego słowa znaczeniu, mieliśmy do nich wielki szacunek za to co robią. Przecież z takiej Szkocji lub Polski do Santiago jest prawie 3000 kilometrów. Słuchając historii tych ludzi, powiedziałem sobie i chłopakom, że następnym razem też wyruszę z domu. Okazja do takiego wyjścia będzie właśnie w tym roku, ze Środy do Rzymu.

 

 

 Po co to wszystko? 

 

Wędrówka, krótsza bądź dłuższa ma w sobie coś nadzwyczajnego, nie chcę nazywać tego magią, ale ma w sobie coś co sprawia, że jak raz tego zasmakujesz, to chcesz do tego wrócić, chcesz znów poczuć przygodę i niezapomniane przeżycia. Dla wielu wydaje się to bezsensu, iść i się męczyć, dla mnie jest to coś pięknego. Po powrocie ze szlaku św. Jakuba w 2017 roku minęło już sporo czasu i mimo że zwiedziłem po pielgrzymce Sztokholm, Londyn, kilka miejscowości we Włoszech, Majorkę, Islandię, to w rozmowach najczęściej człowiek wraca do wspomnień ze szlaku św. Jakuba. Brakuje mi tego klimatu, gdy człowiek rano wstawał, zakładał torbę, szedł i nie wiedział, gdzie się dzisiaj zatrzyma, gdzie zaprowadzi go szlak, co pięknego pokaże oczom, czym zachwyci, czym zasmuci. Czy dzisiaj da w kość czy raczej będzie miłosierny? Na szlaku św. Jakuba wszystko było inne, bagietka lub czekolada smakowały inaczej, ludzie byli inni, czas nie istniał. Dla mnie osobiście również było to poznanie Boga, który nie odstawiał nas, mnie na krok, który wielokrotnie ratował z trudnych sytuacji, zabierał strach przed głodem i brakiem pieniędzy, w takich chwilach stawiał na drodze stolik z jedzeniem i napisem "jeśli nie masz pieniędzy, to bierz to co potrzebujesz" lub wciskał nam euro przez ręce ludzi, to było trudne doświadczenie, ale również trzeba umieć przyjmować, tym bardziej, że kilka dni wcześniej daliśmy pieniądze okradzionemu człowiekowi. Piesza wyprawa, w ciszy, z naturą pokazuje też co na co dzień zaśmieca Twoją głowę, kiedy idziesz sam, kiedy odłączasz się od swoich współtowarzyszy słyszysz w głowie swoje problemy, ale też to co w Twoich myślach zajmuje najwięcej miejsca, najwięcej czasu. Możesz nad tym pracować. 

 

Klimat szlaku św. Jakuba pozostawił trwały ślad w moim sercu i w umyśle. Historia tego miejsca, zabytki, uliczki, kościoły, zamiłowanie mieszkańców do szlaku, przepiękne grafiki i murale, symbole szlaku mijane dzień w dzień, prawie na każdym kroku. Liczne rozmowy z ludźmi z każdego zakątka świata, ile dni, tyle przeróżnych historii, opowieści. Wspólne przygotowywanie kolacji, robienie zakupów, planowanie drogi, przerw, rozczytywanie papierowej mapy lub przeglądanie aplikacji. Noclegi w schroniskach lub takie jak ten pod gołym niebem. Dla mnie są to niezwykłe wspomnienia. Kiedy zobaczyłem  po raz pierwszy zdjęcia szlaku Via Francigena prowadzącego z Anglii do Rzymu, zobaczyłem podobieństwo, w tych obrazkach jest coś co przyciąga i sprawia, że chcę to odkryć, fakt, że nie wędruje tymi drogami tyle ludzi co na szlaku św. Jakuba też przekonuje. 

 

Wędrowiec, pielgrzym, podróżnik, eksplorator? Kim jestem?

 

Jestem zwykłym Jędrkiem, który kocha spełniać swoje marzenia, działać i zamieniać je w rzeczywistość. Ty również możesz. Działaj za każdym razem, gdy przyjdzie Ci coś do głowy. Jeśli po tym artykule jesteś jeszcze bardziej zainteresowany moją wędrówką ze Środy do Rzymu oraz tematem związanym z przygotowaniami do takiej wyprawy, gdzie spać, co jeść, jak planować, o tym wszystkim powstanie kolejny artykuł, który mam nadzieję, że w jakiś sposób zaspokoi Twoją ciekawość. 

23 maja 2019

Wszystkie prawa zastrzeżone ©Polakwpodróży. Realizacja kapary.com